Skip to content

Niedziela.

_AZF4480Tekst co prawda napisany kilka miesięcy temu, ale w większości aktualny :)

Ostatnio tak ciężko jest mi znaleźć chwilę na rozmyślanie. Moje myśli najczęściej krążą wokół tego jak zdobyć zlecenia. Mam już nawet wrażenie, że kiedy osoby z którymi rozmawiam o potencjalnym zleceniu dowiadują się o Tomku, to zapala im się czerwona lampka w podświadomości. Jak gdyby z zasady matka nie mogła pracować w ten sposób.

Ciężko pisze mi się jedną ręką, w trakcie jego posiłku. Ciężko pisze mi się teraz, kiedy wyciągnęłam go z wózka, bo pod moją chwilową nieobecność rozpłakał się i obudził zmęczonego podróżą z Krakowa tatę, który nie mógł znaleźć smoczka, żeby uspokoić malucha. Nic dziwnego, przed wyjściem zostawiłam go przy komputerze zamiast przy Tomku. Czuję jak drętwieje mi ramię na którym opiera się jego głowa i którym przytrzymuję go ażeby nie spadł, jednocześnie utrzymując napięcie wystarczające żeby móc pisać na klawiaturze. Trochę to mało poetyckie, ale taka jest moja rzeczywistość. Rozdarta między biznesem, a macierzyństwem marzę o dniu w którym będę mogła zająć się wyłącznie tym drugim. Kiedy nie martwiąc się o pozyskanie kolejnych klientów będę mogła dzielić mój dzień między opieką nad dziećmi, a ogarnianiem mieszkania. I chociaż uwielbiam wesela i przed zleceniem cieszę się, że mogę dokumentować czyjś tak ważny dzień, cieszę się, że zmęczę się nosząc ponad kilogram na szyi, a ramiona będą boleć mnie po kilku godzinach, to priorytety nieco mi się poprzestawiały i teraz te przyjemności są tylko dodatkiem, z którego mogłabym zrezygnować.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy poznałam co znaczy być słomianą wdową. Najpierw oczekiwałam w domu rodzinnym na koniec remontu naszego własnego M, teraz jednego tygodnia miałam zlecenie w Toruniu, a innego R wyjeżdżał w delegację i wygodniej było żebyśmy we dwójkę, z Tomkiem, spędzili tu kolejny tydzień. I chociaż czeka mnie palenie w piecu żeby nie zamarznąć podczas kiedy mąż będzie w pracy, to cieszę się że wracamy już do siebie. Do szczęścia potrzeba mi jeszcze weekendów tylko i wyłącznie dla nas. Takich, w które nikt nie będzie do nas dzwonił, my nie będziemy dzwonić do nikogo, nie pojawią się żadni goście i będziemy tylko ze sobą, bez pracy celebrować wspólne chwile. Powolne śniadania, długie spacery i wspólne obiady. A potem, może z Tomkiem na ramieniu, a może z Tomkiem w łóżeczku, obejrzymy dobry film. Chciałabym każdy możliwy weekend spędzać w ten sposób, bo tak mało mamy czasu tylko dla siebie. Chciałabym móc w końcu wypracować nasze zwyczaje, które będą definiować naszą rodzinę i Tomek będzie wracał do domu wiedząc co go czeka, a potem wspominał te chwile z uśmiechem. Właściwie to nie muszą być całe weekendy, wiadomo – „Sobota dzień mopa”, ale wystarczy mi niedziela. Niedziela bez niezapowiedzianych lub zapowiedzianych, ale wproszonych gości. Niedziela tylko dla żony, męża, dzieci. Czy podstawowej jednostce rodziny nie należy się jeden dzień tylko dla siebie? Bez pracy, biznesu, martwienia się jak ugościć innych.

„Ale za to niedziela będzie dla nas”!